Fałszywy przyjaciel tłumacza

Posted By admin on 24 sierpień 2010

Fałszywy przyjaciel tłumacza -

o homonimii językowej w przekładzie

 

„Osobliwa rzecz, że przyjaciel może być fałszywy, a nieprzyjaciel nigdy”-  napisze  Alojzy Żółkowski, znakomity  polski aktor. Tłumacz przez lata swej pracy zawiera przyjaźnie ze słowami w różnych językach. Przekładając dzieło dąży do wyrażenia zamysłu autora – a trafny dobór słów i znaczeń mu to umożliwia. Niestety, podobnie jak i w życiu, tłumacz styka się w procesie przekładu, z „fałszywymi przyjaciółmi”, false friends, falshe Freunde, faux amis. W języku francuskim już w latach dwudziestych zaczęto używać pojęcia faux amis de traducteur. Do językoznawstwa termin ten wprowadzili już w 1928 roku Maxime Koessler i Jules Derocquigny w ich pracy Les faux amis ou Les trahisons du vocabulaire anglais: Conseils aux traducteurs.

Czym zatem są „fałszywi przyjaciele” tłumacza? Teresa Zofia Orłoś definiuje je jako „wyrazy identyczne lub podobne pod względem formalnym, a różniące się znaczeniem”.[1] Ryszard Lipczuk z kolei zwraca uwagę, iż pod tym pojęciem należy rozumieć: „wyrazy dwóch (albo więcej niż dwóch) języków o podobnej/identycznej formie, lecz różnych znaczeniach (tautonimy)”[2]. Możemy zatem mówić o tzw. homonimii międzyjęzykowej. Homonim to „wyraz mający jednakowe brzmienie z innym wyrazem, lecz różniący się pochodzeniem, znaczeniem, często też pisownią”[3]. Na pozór więc mamy do czynienia z wyrazami, których brzmienie jest dla nas znane, instynktownie więc nadajemy mu znaczenie, które posiada w ojczystym języku.

Chciałabym teraz przytoczyć najczęściej spotykanych „fałszywych przyjaciół” języka angielskiego, a następnie  języka niemieckiego.

 

Słowo                            Nie oznacza                            Oznacza

Accord                            akord                                       porozumienie                                                         

Dress                              dres                                         suknia

Fabric                             fabryka                                     tkanina

Pasta                              pasta                                        makaron

ordinary                          ordynarny                                zwyczajny[4]

Teraz przyjrzyjmy się tzw. falsche Freunde:

Słowo                          Nie oznacza                                       Oznacza

Artist                              artysta                                               cyrkowiec

Basilikum                         bazylika                                             bazylia

Dom                               dom                                                  katedra

Gar                                 gar, garnek                                         wcale

Konkurs                          konkurs                                             bankructwo

Schall                             szal                                                   dźwięk[5]

         Trudne słowa, rzadko używane i spotykane w przekładzie tłumacz zawsze sprawdzi, by zyskać pewność, że jego przekład będzie ekwiwalentny z oryginałem. To „fałszywi przyjaciele” stanowią główne zagrożenie, gdyż ich brzmienie nasuwa gotowe tłumaczenie. Warto zatem poznać najczęściej pojawiających się „fałszywych przyjaciół” tłumaczy i strzec się przed nimi – podobnie jak przed nieprawdziwą przyjaźnią w życiu.

 

 


[1] Orłoś, Z. T.: Czesko-polski słownik zdradliwych wyrazów i pułapek frazeologicznych. Kraków: Wydawnictwo UJ 2003, s. 9.

[2] Lipczuk, R.: „Fałszywi przyjaciele tłumacza“ w słownikach niemiecko-polskich [online]. 2009 [cyt. 5 kwietnia 2009]. Dostępne z <http://germ.univ.szczecin.pl/~lipczuk/ArtFA.htm>.

[3] Słownik Wyrazów Obcych, http://www.pwn.pl/?module=multisearch&search=homonimy.

[4] Oxford Wordpower, Słownik angielsko – polski z indeksem polsko- angielskim, Oxford 1997, A28.

[5] M. Perliński, Falsche Freunde des Uberset zers/ Fałszywi Przyjaciele Tłumacza, http://files.dropbox.com/u/695442/m/Falsche%20Freunde%20des%20%c3%9cbersetzers%20DE-PL%20-%20fa%c5%82szywi%20przyjaciele%20t%c5%82umacza.pdf

 

Sekrety interpretacji słów…

Posted By admin on 17 sierpień 2010

Sekrety interpretacji słów –

O indywidualnym stylu tłumacza

 

Każdy autor posiada oryginalny, wyróżniający go styl pisarski. Podobnie jest z tłumaczem – pracując ze słowami dokonuje wyborów, rzeźbiąc słowa w swoim, indywidualnym stylu. Najważniejsze jednak, by owe style nałożone na siebie, współgrały ze sobą, dając czytelnikowi satysfakcję czytania. Jak zatem rozumieć styl tłumacza i czy każdego tłumacza wyróżnia jego indywidualny styl?

Pojęcie stylu można rozpatrywać na wielu płaszczyznach, odnosząc go zarówno do grupy ludzi posługujących się określonym zasobem słów, jak i indywidualnej postaci. Słownik Języka Polskiego definiuje go jako: „sposób wyrażania się i stała tendencja w wyborze środków językowych, charakterystyczna dla autora, kierunku, gatunku literackiego, dzieła lub okresu”[1] Hilkka Pekkanen – skandynawska badaczka – proponuje, by styl tekstu literackiego rozważać na poziomie trzech płaszczyzn:

1)   „typowych cech tekstu bazowego;

2)   typowych cech tekstu przetłumaczonego;

3)   typowych cech charakterystycznych dla procesu przekładu.”[2]

Dotarcie do stylu tłumacza nie jest rzeczą łatwą i jednoznaczną. Wśród znawców przedmiotu nie ma bowiem zgody które z szeregu kryteriów wziąć pod uwagę. Kontrowersje wzbudza także dobór badanego tekstu, mianowicie, czy analizie należy poddać całe dzieło, jego rozdział (jeśli mamy do czynienia z powieścią), czy też dowolny fragment. 

Główne problemy, według Pekkanen, w badaniu stylu dotyczą przede wszystkim wyboru jednostki porównawczej tekstów bazowego z docelowym. Ponadto badaczka zwraca uwagę na konieczność znalezienia takiej metody, która byłaby łatwo powtarzalna i dająca się zastosować w więcej niż jednej parze językowej. Z metodologicznego punktu widzenia konieczne jest także dokonanie kategoryzacji wybranych fragmentów.[3]

Trudno odnaleźć styl tłumacza, zgrabnie ukryty pod dziełem autora. I może słusznie, skoro najważniejszy jest autor. Aczkolwiek od stylu tłumacza niejednokrotnie zależy powodzenia autora. Znawcy przedmiotu podkreślają, iż pomimo „niewidzialności” tłumacza oraz przekładu zgodnego z zasadami ekwiwalencji, jego styl jest dostrzegalny. Pekkanen przywołuje w swej pracy stanowisko L. Venutiego – profesora anglistyki – który uważa, iż tłumacze powinni „zabrać głos”, uwydatniając swoje, indywidualne style językowe.

Hans-Georg Gadamer – filolog i jeden z najwybitniejszych, współczesnych filozofów niemieckich – napisał, że „każdy tłumacz jest interpretatorem.” Przekładający dzieło dokonuje interpretacji słów i znaczeń, tak rodzi się indywidualny styl tłumacza.

 

 


[1] Słownik Języka Polskiego, http://sjp.pwn.pl/szukaj/styl.

[2] H. Pekkanen, The Duet of the Author and the Translator: Looking at Style through Shifts in Literary Translation, str. 2., http://www.iatis.org/newvoices/issues/2007/perkkanen-paper-2007.pdf.

[3] Por., H. Pekkanen, The Duet of the Author and the Translator: Looking at Style through Shifts in Literary Translation, str. 2., http://www.iatis.org/newvoices/issues/2007/perkkanen-paper-2007.pdf, str.4.

 

Kilkulatek poliglota …

Posted By admin on 10 sierpień 2010

Kilkulatek poliglota –

czyli nauka języków obcych u dzieci

 

 

 „Należy korzystać ze wszystkich środków aby wychować dziecko otwarte na świat, który je otacza. Jednym z nich jest uczenie języków”[1] -  napisała Rachel Cohen badająca przyswajanie języków obcych przez najmłodszych. Fakt, iż żyjemy w globalnej wiosce sprawia, że coraz większą popularnością cieszą się wszelkiego rodzaju kursy dla dzieci, w tym niemowląt. Niejednokrotnie tłumacze są też lektorami, którzy pracują z różnymi grupami wiekowymi. Większość lektorów ocenia, iż największym wyzwaniem jest praca z najmłodszymi, którzy mają największy potencjał, ale wymagają specjalnych metod i technik nauczania. Cohen, opierając się na wynikach badań psychologów amerykańskich, ocenia iż dziecko rozwija 80% swego potencjału intelektualnego w najwcześniejszym stadium życia, a więc w okresie 0-6 lat.[2] W USA szkoły językowe dla niemowląt przeżywają prawdziwe oblężenie. Rodzice jeszcze przed narodzeniem dziecka rezerwują mu miejsce w grupie.

 François Thibault stworzył program nauki języków obcych dla dzieci od 6 miesiąca życia. I jak sam przyznaje: „kiedy zaczynałem 35 lat temu, niewielu ludzi wierzyło w ten projekt. Uczenie dzieci, które mają 6 miesięcy wydawało się szalone.”[3] Aktualnie jego sieć szkół należy do najbardziej prestiżowych, a sam Thibault został nagrodzony za podręcznik dla rodziców o nauczaniu języków najmłodszych – „Profesor Toto”.

Tłumacz, który przerywa pracę przed monitorem komputera i staje przed grupą kilkulatków musi uzbroić się w cierpliwość i dobry humor. Najmłodsi przyswajają wiedzę przez zabawę, aktywności psychoruchowe – wskazane jest zatem śpiewanie, zastosowanie gier, wyliczanek, wierszyków oraz komiksów. Ważny jest także obraz – pobudzanie wyobraźni najmłodszych. Dzieci uczą się w perspektywie „tu i teraz” – dla przedszkolaków niezrozumiałe są pojęcia związane z przeszłością czy przyszłością. Nauka nie polega tutaj na powtarzaniu słówek, ale na „oswojeniu” dzieci z brzmieniem nowego języka, zachęcaniem do wypowiadania się, dzięki czemu w późniejszym etapie nauki nie będzie miało ono obaw przed używaniem języka obcego. Warto pamiętać, iż im starsze dzieci tym więcej nowych słów tłumacz- nauczyciel może wprowadzać, jednak nie więcej niż 9 w trakcie jednego spotkania.

Dzieci przyswajają język obcy, często nieświadomie, poprzez zabawę. Idealnym rozwiązaniem jest przebywanie z obcojęzycznymi rówieśnikami lub komunikowanie się rodziców/rodzica z dzieckiem w dwóch językach. Okazuje się, że dziecko doskonale potrafi przyswajać język obcy, co daje mu większe możliwości w przyszłości – w tym szansę na zostanie tłumaczem.


[1] R. Cohen, Apprendre le plus jeune possible, in: LFDLM, nr specjalny Recherches et Applications, Paris, EDICEF, 1991, str.53.

[2] Por. tamże, str. 51.

[3] http://www.usatoday.com/news/education/2007-01-09-language-children_x.htm

Kot w opałach absurdu, czyli wesołe jest życie tłumacza….

Posted By admin on 27 lipiec 2010

Kot w opałach absurdu, czyli wesołe jest życie tłumacza –

i  nie tylko…

Wakacje w całej pełni, więc by nie zaprzątać uwagi swojej i innych zbyt skomplikowanymi zagadnieniami tłumaczeniowymi, postanowiłam przywołać dziś pewną wymianę zdań, która wywołuje zasadny uśmiech na twarzy – nie tylko tłumacza.

         Pracując ostatnio nad przekładem książki, przetłumaczyłam na język polski zdanie, które zawierało zwrot „głaska kotka”. Zgodnie z trybem prac redakcyjnych, przetłumaczoną książkę przed skierowaniem do składu, otrzymuje redaktor. I on też poddał gruntownej analizie czynność głaskania, apelując o jego zmianę na „głaszcze kotka”. W uzasadnieniu czytamy: „Jeśli powiemy do kogoś: głaszcz, głaskaj tego kotka, to mamy na myśli, aby przesuwał dłonią po kotku przez dłuższy czas, do momentu aż rozkażemy mu przestać. Formy pogłaszcz, pogłaskaj będą oznaczać, że chcemy, aby dana czynność była wykonywana tylko przez chwilę.”

         Pogłaskanie zatem ma trwać pewien okres czasu – jak krótki – niestety nie sprecyzowano. Zastanawiam się czy dwa przeciągnięcia wzdłuż kociego grzbietu wystarczą, by zakwalifikować je jako pogłaskanie. A może czynność tę należałoby zmierzyć w kocich pomrukiwaniach? Dwa mruknięcia – kończymy pogłaskiwanie!

         Głaskanie zaś to już czynność o wiele bardziej frapująca i wychodzi na to, że tylko dla miłośników kocich wdzięków – skoro ma trwać dłuższy czas.

         Następnym razem, będąc u kogoś kto posiada kota, trzeba koniecznie zwrócić uwagę na czas jaki należy czworonoga głaskać!

Gwoli ścisłości tłumaczeniowej dodam, że obie formy, i „głaska i „głaszcze,” są według Słownika poprawnej polszczyzny poprawne.

Technologie w służbie tłumaczeniu (cz. 2)

Posted By admin on 20 lipiec 2010

Technologie w służbie tłumaczeniu (cz. 2)

 

Aplikacje komputerowe w przekładzie

 

Zgodnie z obietnicą sprzed tygodnia przedstawię dziś aplikacje komputerowe, które  nie tylko w znacznym stopniu ułatwiają pracę tłumaczom, ale jednocześnie służą interesom zleceniodawców. Wykorzystanie najnowszych technologii nie ma na celu zastąpienie człowieka i tym samym pozbawienie zawodu tysięcy ludzi, ale ma znacznie skrócić czas pracy tłumacza. Kluczową kwestią  przy wyborze aplikacji komputerowych są oczywiście umiejętności tłumacza oraz doświadczenie w pracy z konkretnymi aplikacjami.

Do najpopularniejszych i zarazem najwcześniejszych aplikacji wspomagających proces przekładu należy zaliczyć Trados – pakiet stworzony przez niemiecką firmę Trados GmbH istniejącą w Niemczech od 1984r., aktualnie ów pakiet udostępnia SDL International. Najnowsza wersja pakietu, wydana w 2009r., obejmuje trzy części:

1) SDL Trados Studio – aplikacja w głównej mierze służąca do tworzenia pamięci tłumaczeniowej;

2) MultiTerm- aplikacja działająca w obszarze terminologii;

3) SDL Trados 2007- poprzednia wersja oprogramowania, która umożliwia korzystanie z wcześniejszych zasobów tj. SDLX.

W latach 90-tych oprócz Tradosa na rynku obecne były także aplikacje: Deja Vu firmy Atria, Transit firmy Star oraz Translation Manager należący do IBM. Nieco krótszą historię ma Wordfast – jego pierwsza wersja pojawiła się w 1999r. Aktualnie klienci mogą nabyć oprogramowanie Wordfast Professional.

Warto tutaj także wspomnieć o narzędziach tworzonych przez samych tłumaczy. „Czołowa agencja tłumaczy Logos rozprowadza Mneme Suite – pakiet narzędzi opracowanych dla pracowników i klientów biura. Tego typu inicjatywa jest godna wzmianki – pisze dalej prof. Bogucki- ponieważ, w zasadzie jedyną wadą takich aplikacji jest ograniczenie funkcjonalności do działań koordynowanych przez dane biuro.”[1]

Zasadniczą rola aplikacji wspomagających tłumaczenie jest przyśpieszenie procesu przekładu. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu pamięci tłumaczeniowej – dzięki niej tłumacz nie musi dokonywać przekładu identycznych fragmentów. Aplikacje te mogą być przydatne także zleceniodawcom. Przy ich zastosowaniu bowiem- klient może rozdzielić duży tekst wśród kilku tłumaczy bez obawy o brak spójności. Wszyscy zaangażowani w proces przekładu tłumacze będą korzystać z tych samych aplikacji, a więc zastosują tą samą terminologię.

            Skuteczne zastosowanie aplikacji wymaga także wiedzy dotyczącej stopnia podobieństwa określonych segmentów tłumaczenia. W literaturze przedmiotu możemy odnaleźć wiele propozycji podziału owych segmentów- jeden z nich proponuje prof. Bogucki, dzieląc je na cztery grupy:

1)    „brak trafienia: np. poniżej 60%. W pamięci nie ma podobnego segmentu lub podobieństwo jest zbyt niskie, aby ułatwiło pracę tłumaczowi;

2)    trafienie rozmyte: np.66-99%. W pamięci znaleziono segment podobny na tyle, że podstawienie może ułatwić pracę tłumaczowi;

3)    trafienie 100%: w pamięci znaleziono identyczny segment, który został już przetłumaczony. Tłumacz będzie musiał go tylko przejrzeć i ewentualnie poprawić, jeśli znajdzie błędy;

4)    powtórzenie. W pliku znaleziono już wcześniej identyczny segment. Taki segment musi zostać przetłumaczony tylko raz, potem podstawi się z pamięci jako trafienie 100%.”[2]

Obecnie nikt już nie zastanawia się czy używać aplikacji w przekładzie. Dziś pytamy jak maksymalizować ich możliwości, tym samym ułatwiając pracę tłumaczom.

 



[1] Ł. Bogucki, Tłumaczenie wspomagane komputerowo, Warszawa 2009, str. 58.

[2] Ł. Bogucki, Zarys przekładoznawstwa dla studentów neofilologii, Łódź 2007, str. 49.

 

Technologie w służbie tłumaczeniu

Posted By admin on 14 lipiec 2010

Komputer pamięta

 

O pamięci komputerowej w przekładzie

 

Choć można wyobrazić sobie tłumacza, który w XXI wieku nie używa zdobyczy technologicznych, to z pewnością jego praca trwa dłużej i jest droższa. Proponuję powrócić do zagadnienia automatycznego przekładu, któremu poświeciłam już jeden
z wpisów kwietniowych
[1]. Dziś jednak chce zwrócić uwagę na pamięć tłumaczeniową oraz konkretne narzędzia wspomagające tłumacza.

Przekład automatyczny nie jest w stanie wyeliminować czynnika ludzkiego, jednak jest dużym ułatwieniem w pracy translatorskiej. Jak słusznie zauważa prof. Łukasz Bogucki: „Tłumaczenie wykonywane bez ingerencji człowieka wypełnia lukę tam, gdzie tłumacz nie jest dostępny, bądź gdzie rolę odgrywa czas lub koszt tłumaczenia. Tłumacz jest w stanie przetłumaczyć każdy tekst, który przetłumaczy maszyna, zwykle jednak drożej lub wolniej, chociaż często lepiej.”[2]

Warto pamiętać, że praca tłumacza – eksperta polega na przekładzie tekstów
z konkretnej dziedziny, gdzie kluczową role odgrywa specjalistyczny żargon. Niejednokrotnie fragmenty tłumaczonych dokumentów pokrywają się, różniąc się jedynie detalami. Karty gwarancyjne, dokumenty samochodowe, świadectwa uczniów, instrukcje obsługi i wiele innych dokumentów charakteryzuje duża powtarzalność treści. Tłumacz zatem może stosować własne rozwiązania powielania tekstów powtarzających się – od najprostszego polegającego na  kopiowaniu i wklejaniu, po te bardziej skomplikowane.

Owa powtarzalność treści nie umknęła uwadze informatyków. Stąd dziś mamy do czynienia z tzw. pamięcią tłumaczeniową oraz szeregiem innych aplikacji wspomagających proces przekładu. Istotę pamięci wyjaśnia prof. Bogucki pisząc: „Pamięć tłumaczeniowa, często oznaczana skrótem TM (Translation Memory), powstaje na trzy sposoby; można ją utworzyć od podstaw, wykonując tłumaczenia, można importować plik pamięci lub stworzyć pamięć z tekstów oryginalnych i ich tłumaczeń.”[3] Pamięć tłumaczeniowa składa się
z segmentów, którymi najczęściej są pojedyncze zdania. W tekstach ekonomicznych segmentem może być także komórka tabeli. Natomiast w tekstach dłuższych, o dużej powtarzalności, segmentem może zostać również cały akapit.

Pamięć tłumaczeniowa to plik, który coraz częściej biura tłumaczeń przesyłają wraz ze zleceniem tłumaczącemu tekst. Ów plik bowiem stanowi wytyczne jakościowe przekładu. Bogucki wskazuje na kilka sposobów tworzenia pamięci tłumaczeniowej przez biura i agencje tłumaczeń:

1)   „jedna, uniwersalna pamięć obejmująca wszystkie tłumaczenia;

2)   pamięci poświęcone danej tematyce;

3)   pamięci dla konkretnych zleceniodawców;

4)   pamięci dla stale rozwijanych projektów.”[4]

Pierwszy sposób nie jest rekomendowany, ze względu na możliwość zahamowania procesu tłumaczeniowego oraz jego skomplikowanie. Pozostałe, zdaniem profesora, mogą być skutecznym narzędziem wspomagającym pracę tłumaczy.

         A już za tydzień o pozostałych aplikacjach, które ułatwiają życie tłumaczom.

 

 



[1] Zagadnieniu automatycznego przekładu poświecony został wpis: „Szarża translatorów- czyli po co nam tłumacze?”, opublikowany 6.04.2010r.

[2] Bogucki Ł., Tłumaczenie wspomagane komputerowo, Warszawa 2009, str. 108.

[3] Tamże, str. 53.

[4] Tamże, str. 55.

Tłumacz w sądzie – normy tłumaczenia sądowego

Posted By admin on 6 lipiec 2010

Tłumacz w sądzie-

normy tłumaczenia sądowego

 

W karierze każdego tłumacza przysięgłego nadarza się wcześniej lub później okazja pracy w sądzie. Przekład sądowy jednak wymaga od tłumacza nie tylko ogromnej wiedzy, ale także przestrzegania szeregu norm zawartych w kodeksach. Na całym świecie kwestie przekładu sądowego poddano analizie i na tej bazie stworzono normy, dzięki którym przekład jest uznawany przez sąd, a praca tłumacza jest oceniana pozytywnie.

Małgorzata Tryuk przywołuje w swej pracy kodeks- Notes of Guidance for Interpreters-  obowiązujący w prowincji Nowa Walia w Australii, w którym tłumacz:

1)   „oddaje wiernie, to co słyszy;

2)   zachowuje dyskrecję, stosuje normy zawodowe, odnosi się z szacunkiem do sądu;

3)   wyjaśnia różnice i trudności międzykulturowe;

4)   nie dyskutuje z kolegami o przebiegu sprawy, która ma charakter poufny.”[1]

 W Polsce główne normy przekładu sądowego odnaleźć możemy w Kodeksie Tłumacza Sądowego oraz w Kodeksie Tłumacza Przysięgłego przyjętego uchwałą Rady Naczelnej Polskiego Towarzystwo TEPIS z 31 marca 2005 roku.

         Do kluczowych zasad przekładu sądowego Kodeks Tłumacza Sądowego zalicza wierność. W artykule 23 czytamy: „Tłumaczenie dokumentu powinno być wierne.”[2] Warto tutaj ponownie przywołać słynne słowa wypowiedziane przez Gogola: „Tłumaczenie powinno przypominać szybę, całkowicie przezroczystą, tak aby czytelnik nie zauważał jej istnienia.” Podobnie w pracy w środowisku sądowym tłumacz musi przekładać tekst wiernie, a więc zgodnie z oryginałem, co więcej w sposób integralny. Tłumacz sądowy powinien zatem wykazać się zawodowym profesjonalizmem oraz wiedzą, ale także znajomością odniesień kulturowych i symboli. W przekładzie ustnym, nie tylko sądowym, istotną rolę odgrywa pamięć tłumacza. W kontekście przekładu ustnego, sądowego od wiernego przełożenia słów, niejednokrotnie zależy czyjaś przyszłość.

         Wymagania jakim musi sprostać tłumacz sądowy zebrał w swej pracy B. Harris, a jego spostrzeżenia przywołuje Tryuk. Według Harrisa tłumacz środowiskowy powinien: „opanować oba języki, posiadać umiejętność szybkiego tłumaczenia w obie strony, mieć wysoki poziom wykształcenia oraz doświadczenie życiowe w obu wspólnotach kulturowych i językowych.”[3]

Owo doświadczenie pozwoli mu bowiem na zrozumienie kontekstu kulturowego, tym samym okaże się być niezbędne przy wyjaśnianiu obu stronom pojawiających się różnic.

         Praca tłumacza sądowego wiąże się z ogromna odpowiedzialnością. Stąd coraz częściej pojawiają się opinie ekspertów o konieczności stworzenia profesjonalnej bazy certyfikowanych tłumaczy sądowych, których przekład – bezstronny i wierny – będzie budził należny szacunek.

 

 


[1] Tryuk M., Przekład ustny środowiskowy, Warszawa 2006, str. 81.

[2] Art.23 Kodeksu Tłumacza Sądowego, za: Tryuk M., Przekład ustny środowiskowy, Warszawa 2006, str. 81.

[3] Por. Tryuk M., Przekład ustny środowiskowy, Warszawa 2006, str. 83.

Dociekając prawdy…

Posted By admin on 29 czerwiec 2010

Dociekając prawdy…

 

Czyli o przekładzie ustnym środowiskowym

 

Nowożytna historia zaangażowania tłumaczy w procesy sądowe rozpoczęła się wraz z procesem w Norymberdze. Przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym postawiono hitlerowskich zbrodniarzy II wojny światowej. Akty oskarżenia w poszczególnych procesach obejmowały: podżeganie do wojny, dokonanie zbrodni przeciwko pokojowi, dokonanie zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości. Na salach sądowych pracował sztab tłumaczy, którzy zasiadali każdego dnia przy osobnych stołach, przekładając słowa sędziów, prokuratorów, adwokatów i oskarżonych. Do dyspozycji mieli oni dwa rodzaje przycisków, mianowicie żółty informował o tym, że mówca mówi za szybko; czerwony zaś, że tłumacz nie był w stanie zrozumieć wypowiedzi, bądź jej nie usłyszał.

Skład tłumaczy ulegał częstym zmianom – wielu z nich nie radziło sobie z ogromnym stresem, presją czasu, ale i żądaniom każdej ze stron. Wśród oskarżonych nie brakowało bowiem osób biegle posługujących się kilkoma językami, którzy nie szczędzili uwag krytycznych wobec przekładających ich wypowiedzi. Co więcej wielu z tych, którzy zasiadali na ławie oskarżonych widziało w tłumaczu potencjalnego sprzymierzeńca i obrońcę. Proces norymberski udowodnił, iż konieczne jest stworzenie pewnego katalogu reguł postępowania dla tłumaczy pracujących w sądzie, pokazał także, iż jedynie najlepsi powinni się w ten typ pracy angażować.

Szereg pomyłek tłumaczy i związanych z tym anegdot przytacza Małgorzata Tryuk w książce zatytułowanej: „Przekład ustny środowiskowy”. Peter Less, który tłumaczył w procesie z języka niemieckiego na angielski przyznał się do następującego, dość poważnego błędu: „Kiedyś popełniłem błąd i nieomal wywołałem III wojnę światową. Chodziło o słowo – nazwisko, właściwie – Rasher. Pytanie brzmiało: „Co zrobił Rasher”? A ja przetłumaczyłem: „Co zrobiła Rosja?”. Rosyjski oficer natychmiast podskoczył, uniósł ręce w powietrze i powiedział: „Co?! Do czego angażujesz Rosję?” Musiałem wówczas tłumaczyć, iż miałem na myśli niemieckiego generała Rashera, nie zaś kraj Rosję, następnie przeprosiłem.”[1]

Praca w sądzie wymaga od tłumacza zaangażowania nie tylko w sam proces sądowy, ale także udział w przesłuchaniu, czy też pośredniczenie między oskarżonym a jego adwokatem. Niejednokrotnie wymaga się od tłumacza, by był kimś w rodzaju pełnomocnika strony. Maliszewski zauważa, że „tłumacz pełni doniosłą rolę, dbając aby w warunkach pośpiechu i ogólnego zamieszania, zawsze towarzyszącego tego rodzaju czynnościom (anamneza lekarska, zabezpieczenie przedmiotów) sporządzono właściwe zapisy i przedłożono je osobie zatrzymanej.”[2]

Zdarza się bardzo często, że wyjaśnienia tłumacza pomagają obu stronom. Tłumacz bowiem rozumiejąc specyfikę systemu sądowego danego kraju, wyjaśnia jej niuanse obcokrajowcowi. Z drugiej jednak strony, będąc świadomym oczekiwań cudzoziemca, może je nie tylko tłumaczyć, ale służyć także swoją wiedzą drugiej stronie. „Tłumacz jest gwarantem interesów – napisze Maliszewski – zarówno przesłuchującego, jak i przesłuchiwanego.”[3]

Praca tłumacza środowiskowego nie należy z pewnością do prostych. Ogromna odpowiedzialność spoczywająca na tym, który pośredniczy w wymianie słów sprawia, iż wielu z tej funkcji świadomie rezygnuje. Tłumacz musi być świadomy tego, iż etyka zawodu wymaga od niego zachowania neutralności – zatem nie może ulegać naciskom żadnej ze stron.



[1] Gesse T., Lunch with a Legend,  za: Tryuk M., Przekład ustny środowiskowy, Warszawa 2006, str. 103.

[2] Maliszewski J., Pragmatyka przekładu policyjnego, Lingua Legis 9, str.31.

[3] Tamże, str.35.

„Twoje, ale moje” – plagiat w ofensywie

Posted By admin on 15 czerwiec 2010

„Twoje, ale moje” -

Plagiat w ofensywie

 

Powszechne jest dziś przekonanie, iż to co znajduje się w Internecie, można dowolnie wykorzystywać, bez podania źródeł czy autora. Rektorzy wyższych uczelni biją na alarm, jednocześnie zaopatrując się w system antyplagiatowy PLAGIAT.PL. Jednak nawet wśród elity naukowej nie ma zgody co do tego, czym jest plagiat.  Dr Adam Wroński, nazywany przez media „tropicielem plagiatów”, wykrył niejedno naruszenie praw autorskich. Ostatnimi czasy media informowały, iż profesor Aldona Kamela-Sowińska drugi raz wykorzystała w pracy informacje internetowe, nie podając bazy źródłowej. Autorka podkreśla, iż korzystanie z wiedzy powszechnie dostępnej nie jest dla niej plagiatem. „Kiedyś pisałam o Indonezji i też brałam z różnych źródeł informację, nie podając źródeł” – przyznaje profesor Kamela-Sowińska.[1] Pytania, na które należy znaleźć odpowiedzi są następujące: czym jest plagiat, o jakich wymiarach plagiatu możemy mówić, jakie rodzi on konsekwencje, kiedy tłumacz naruszy prawa autorskie?

Słownik Języka Polskiego definiuje plagiat jako: „przywłaszczenie cudzego pomysłu twórczego, wydanie cudzego utworu pod własnym nazwiskiem lub dosłowne zapożyczenie z cudzego dzieła opublikowane jako własne; też: taki przywłaszczony pomysł, wydany utwór lub zapożyczenie.”[2] Nieco inną definicję przedstawili rektorzy polscy w raporcie z 2005r. pisząc, iż plagiat funkcjonuje „jako przywłaszczenie autorstwa cudzego utworu, odkrycia, pomysłu, wyniku naukowego, wynalazku lub innego osiągnięcia intelektualnego. Jeżeli chodzi o prace naukowe mające formę pisemną, plagiat z reguły jest odnoszony do świadomego fałszywego oznaczania autorstwa całości bądź elementów utworu chronionych prawem autorskim albo też osiągnięć naukowych w warunkach naruszenia dóbr osobistych
z art. 23 k.c.”
[3] Współcześnie możemy mówić także o kryptoplagiacie, a więc wykorzystywaniu cudzych pomysłów, idei, koncepcji bez podania źródeł oraz autoplagiacie, czyli sprzedaży wciąż na nowo tych samych dzieł.

Plagiat niesie ze sobą szereg konsekwencji. Stuart P. Greek podzielił je na trzy kategorie, mianowicie:

1)                 konsekwencje społeczne, gdzie plagiat jest sankcjonowany poprzez społeczny stygmat, napiętnowanie.

2)                 konsekwencje formalne wynikające z procedur konkretnych instytucji np. uniwersytetów, gdzie konsekwencją plagiatu może być cofnięcie tytułu bądź stopnia naukowego;

3)                 konsekwencje prawne wynikające z naruszenia praw autorskich, a znajdujące rozstrzygnięcie w sądzie.[4]

Rzeczywistość globalna, w której żyjemy, wystawia na pokusę również branżę tłumaczy. Posłużmy się prostym przykładem. W Internecie dostępne są poprzednie tłumaczenia dzieł. Niejednokrotnie tłumacz pracujący nad nowym przekładem danego dzieła ma dostęp do pracy swych poprzedników. Pokusą może być zaoszczędzenie czasu, czy zwykła ciekawość nad przekładem gry słownej, żartu, żargonu itp. Warto jednak, choćby dla spokoju sumienia, wytężyć własny umysł w poszukiwaniu translatorskich rozwiązań. Ujawniony plagiat niekoniecznie zakończy się sprawą sądową. Podważy jednak profesjonalizm tłumacza i jego etykę zawodową.

        

 



[1] http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-kolejny-plagiat-kameli-sowinskiej,nId,269369

[2] http://sjp.pwn.pl/szukaj/plagiat

[3] Raport  o zasadach poszanowania autorstwa w pracach dyplomowych oraz doktorskich w instytucjach akademickich i naukowych, red. E. Wosik, Warszawa 2005, http://www.frp.org.pl/publikacje/Raport_o_zasadach_poszanowania_autorstwa.pdf

[4] P. Green, Plagiarism, Norms, and the Limits of Theft Law: Some Observations on the Use of Criminal Sanctions in

Enforcing Intellectual Property Rights, 54 Hastings Law Journal 167-242 (2002), str. 195-207.

W zaczarowanym świecie (2)

Posted By admin on 8 czerwiec 2010

W zaczarowanym świecie –

 

Jak tłumaczyć bajki i baśnie? (cz. II)

 

            Bajkowy świat księżniczek, królewiczów, gadających zwierząt i przedmiotów, smoków, dobrych rycerzy i wszechmocnych supermenów towarzyszy każdemu dziecku. Niejednokrotnie po fantastyczne bajki sięgają także dorośli. Stąd taka popularność „Shreka”, „Epoki lodowcowej”, czy „Króla Lwa”. Przyjrzyjmy się dziś podstawowemu problemowi, jakiemu muszą stawić czoło tłumacze – mianowicie nazwom własnym w literaturze dziecięcej.

         Przyjmijmy dla potrzeb dalszych rozważań definicję nazwy zaproponowaną przez Gottloba Fregego, dla którego nazwa jest to: „wszelki symbol, który występuje jako imię własne lub/i ma tym samym za znaczenie jakiś określony przedmiot (w najszerszym rozumieniu tego słowa).”[1] Rada Języka Polskiego w jednym z dokumentów definiuje pojęcie nazwy własnej jako: „wyraz, wyrażenie lub jakakolwiek inna forma językowa (np. zdanie) służąca do wyróżnienia jednego przedmiotu (np. instytucji, osoby, produktu, utworu, usługi) spośród innych. Od “deskrypcji jednostkowej” (np. obecny premier Rzeczypospolitej Polskiej) nazwa własna (np. Jerzy Buzek) różni się tym, że przysługuje oznaczanemu przez nią przedmiotowi dlatego, że w drodze arbitralnej decyzji tak został nazwany, a nie dlatego, że ma jakieś szczególne cechy.”[2]

            Powróćmy do literatury dziecięcej. Współcześnie coraz częściej nazwy własne występujące w bajkach nie są tłumaczone, czy też  adaptowane, a zostawiamy je w wersji oryginalnej. Isabel Pascua odniosła się w swojej pracy do dziecka – multikulturowego odbiorcy. Podkreśla jednocześnie rolę tłumacza pisząc: „Dzięki tłumaczeniom tworzy się multikulturowy czytelnik – dziecko, które poprzez książki z różnych krajów poznaje je.”[3]

         Badając problem przekładu nazw własnych, trudno nie wspomnieć o koncepcjach urodzimienia oraz uinnienia. Wśród znawców przedmiotu nie ma zgodności, którą koncepcję należy powszechnie stosować. Wśród przeciwników uinniania znajdują się m.in. Oittinen, Puurtinen oraz Pascua. “Częsta obecność – pisze Puurtinen- nieznanych słów w tekście związana jest z obcym tematem; brak podstawowej wiedzy czytelnika może rodzić problemy.” [4]

Z kolei Klingberg  i Shavit znajdują się w kręgu zdecydowanych przeciwników urodzimienia nazw własnych. Kingberg stwierdza, iż urodzimienie nazw własnych nie służy dzieciom, gdyż dzieło pozbawione obcych nazw nie pozwala na poznanie nowych kultur. Co więcej zmiana elementów obcych kulturowo na te, które czytelnik zna, nie wzbudzi w nim ciekawości i otwartości na inne kraje.

         Nie od dziś wiadomo, iż przekład, również literatury dziecięcej, wymaga od tłumacza podjęcia szeregu niełatwych decyzji. W literaturze przedmiotu jednym z kryteriów, które powinien wziąć pod uwagę przekładający bajki czy powiastki jest wiek czytelników. Możemy wprowadzić 3 kategorię najmłodszych odbiorców:

1)   dzieci nie czytające samodzielnie (0-6);

2)   dzieci zdolne do samodzielnego czytania i pisania ( 6- 13);

3)   nastoletnia młodzież.

Im mniejsze dziecko – odbiorca tym mniejsza zdolność do przyswajania trudnych, obcych kulturowo pojęć. Stąd też dla grup najmłodszych Elvira Cámara Aguilera z Uniwersytetu w Granadzie zaleca stosowanie urodzimienia. Pozwoli ono bowiem dzieciom, które nie czytają samodzielnie, w całości zrozumieć daną bajkę czy baśń. Wraz z wiekiem wzrasta w czytelniku zdolność do przyswajania nazw obcych, a ich obecność nie wpływa niekorzystnie na zrozumienie określonego dzieła.

         Warto także zauważyć, iż nazwy własne, które niosą w sobie określone znaczenie muszą zostać przełożone np. Kopciuszek; Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków; Czerwony Kapturek. Co więcej, gdy mamy do czynienia z alegorią, nazwa własna również musi zostać przetłumaczona.

         Debata nad strategiami tłumaczenia nazw własnych wciąż się toczy. Ale to od tłumacza wymaga się, by jego przekład dotarłszy do najmłodszych, został zrozumiany i pozytywnie przyjęty. Przecież imiona bohaterów niektórych bajek towarzyszą nam przez całe życie…


[1] G. Frege, Sens i znaczenie, str. 130.

[2] Rada Języka Polskiego, Podstawowe kryteria wyróżniania nazw własnych i nazw handlowych, http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=93:definicje-poj-nazwa-wasnaq-nazwa-handlowaq&catid=45:dokumenty-rady&Itemid=55

[3] http://ler.letras.up.pt/uploads/ficheiros/4666.pdf

[4] Tamże.